Błażeja Kołcz

Ludzie z Naramowic » Błażeja Kołcz

Błażeja Kołcz. Dla młodych naramowickich mam wszystko jest w tym momencie jasne. To ona opiekuje się nimi i ich nowo narodzonymi dziećmi. Dogląda, doradza, pomaga. Błażeja Kołcz – naramowicka położna środowiskowa, prowadząca też szkołę rodzenia. Podczas naszej półgodzinnej rozmowy dwukrotnie dzwoni jej telefon. Jednej pacjentce trzeba pomóc w kwestii wprowadzania nowych pokarmów dziecku, drugiej rozwiać niepokoje towarzyszące karmieniu piersią. Pani Błażeja mówi szybko i pewnie. Żadnych wahań, niepewności, zawieszania głosu. Rozmawiając z nią, czuję przyjemność płynącą z przebywania z kimś zdecydowanym, rzeczowym i jednocześnie opiekuńczym.

- Jak patrzę na moje pacjentki, zawsze im mówię: nie gońcie do przodu, bo to co jest w tej chwili, nigdy się nie powtórzy. To są najpiękniejsze chwile – te z małymi dziećmi. Mimo że człowiek jest umęczony – praniem, sprzątaniem, gotowaniem, tym że jeden dzieciaczek płacze, a inny akurat biega, musi pamiętać, że te chwile nigdy nie wrócą, a są jedyne w swoim rodzaju.

„Moje” porody liczyłam do… stu. Potem przestałam, ale niektóre doskonale pamiętam. O, na przykład pierwsze dziecko, które się urodziło z in vitro, tu w Poznaniu. Dziewczyneczka.

 Każdy poród to jest przeżycie, to nie jest przejście tylko dla rodziców, ale i dla położnej. Nigdy nie jest się w stanie wyłączyć emocjonalnie w tym zawodzie. Pacjentka z położną muszą tworzyć jedność w czasie porodu. Położna również go przeżywa, jej tak samo zależy, żeby wszystko dobrze poszło. Kiedyś zdarzało się odbierać porody w domu. Musiały być bezpieczne, do tego stopnia, że karetka ze szpitala stała pod domem i w razie gdyby coś się działo, miała zabierać kobietę do pobliskiego szpitala. Te porody były najpiękniejsze.  Towarzyszyła im bardzo radosna atmosfera, śmiech, dowcipy. Rodząca między skurczami śmiała się razem nami. Powikłania nigdy się nie zdarzyły. Nie zrobiłabym jednak tego dzisiaj. Nie wiem, czy moje sumienie by to wytrzymało, gdybym odebrała poród superfachowo, a dziecko by miało jakieś powikłania i musiało jechać do szpitala. Zresztą teraz już nie odbieram porodów.

 Miałam jedną pacjentkę, która przez całą ciążę nie wiedziała że jest w ciąży, nawet nie przypuszczała, że coś się dzieje, miała różne dolegliwości, ale czytała w Internecie, że to już mogą być objawy zbliżającego się klimakterium. Którego dnia poszła do toalety, a tu rodzi się dzieciaczek. Zawsze wydawało mi się niemożliwe coś takiego, a sama przeżyłam taki przypadek – jak z jakiegoś programu telewizyjnego. Piękna zdrowa dziewczyneczka. Pojechali od razu na Polną, bo było drobne zakażenie, ale wszystko dobrze się skończyło. To jest niesamowita historia. Pamiętam też dzieciątko z takiej drobnej, delikatnej mamusi - ważyło 5400g! Albo inny zadziwiający poród - kobieta rodziła swoje siedemnaste dziecko! A jej córka dwudziestosiedmioletnia rodziła na łóżku obok. Taka historia.

Zawsze są emocje. Jak wchodzę do domu pacjentki, to dzieciaczki najpierw muszą być wytulone, wyściskane, a potem dopiero zaczyna się opieka nad nimi. To są moje dzieci. Ale potem – starsze - już się tak nie dają - patrzą spode łba na „ciocię”. Bo ja jestem taka „ciocia” tutaj. Jak ludzie piszą do mnie esemesy, to często: Co tam ciociu, jak tam ciociu? To jest miłe. Wsiąkłam w tutejsze środowisko. Na Naramowicach pracuję od 2009. Wcześniej pracowałam w innych rejonach. Prywatnie mieszkam w Swarzędzu, ale wbrew pozorom dojazd nie zabiera mi dużo czasu.  Naramowice to jest wyjątkowo dobre środowisko. Naprawdę. Tu nie ma patologii. Wszyscy są raczej bardzo świadomi, coś przeczytali, wiedzą, o co chodzi. Nie są zdziwieni tym, co robię. Zdziwione są tylko zawsze babcie. I mówią: ile my się nowych rzeczy dowiadujemy!

Ja jestem urodzony organizator, muszę coś robić, tu coś, tam coś, żeby moje „dziewczyny” wszystko miały. Bo tak naprawdę nasza opieka jest nie tylko nad dzieckiem, ale i nad mamą, często niedoświadczoną, zagubioną, którą trzeba poprowadzić, żeby się prawidłowo opiekowała dzieciaczkiem. Jak mamy dostaną od nas wiedzę i opiekę, to sobie poradzą. Bo wiedza daje spokój. A do tego zawsze mają kogoś, na kogo mogą liczyć. Tak, zawsze mogą zadzwonić, i w dzień, i zdarza się, że o drugiej w nocy. Ciągle są pytania, problemy, a ja, ile mogę, to pomagam. Taka moja rola.

Tak zorganizowanej opieki, jaką mamy tutaj – na Naramowicach – nie ma nigdzie w Poznaniu. Tym się muszę poszczycić. Nasze mamy są zaopiekowane. To się im po prostu należy. Działamy: ja, położna laktacyjna, lekarz pediatra, psychoterapeutka, rehabilitantka dla dorosłych. Jest w naszej poradni bezpłatne badanie piersi. Pani doktor onkolog zajmuje się moimi pacjentkami, które po okresie karmienia piersią idą do niej na badania. Jest to bardzo ważne. I jeszcze USG. Myśli pani, że gdzie indziej też tak jest? Nie. Tylko u nas!

Szkoła rodzenia też jest bezpłatna. Przyszłe mamy mogą z niej korzystać; akurat te zajęcia odbywają się przy  Bogusza 6a, a potem przez cały okres poporodowy mają naszą opiekę tutaj przy Boranta.

Czego bym sobie życzyła? Żeby moje podopieczne były zawsze takie same, jak są. Bo są wspaniałymi kobietami i matkami, świetnie wychowują swoje dzieci i żeby tak zostało. Żebyśmy się pamiętały i kontaktowały. I żeby cały czas rodziło się tyle dzieciaczków.

 Nie mam już nic do dodania. Może tylko to, że  moja praca jest najlepsza na świecie.

Wysłuchała: Renata Zychla