Izabela Wielicka

Ludzie z Naramowic » Izabela Wielicka

Kiedy się wchodzi do ogrodu (domek położony jest w głębi, nie przy samej ulicy), ma się wrażenie podróży w czasie i przestrzeni. Wydaje się, że Naramowicka została gdzieś daleko, taki to urokliwy i zupełnie nie-miejski zakątek. Oczywiście rzeczywistość szybko się upomina o swoje – słychać szum samochodów, a z pobliskich warsztatów dochodzą odgłosy cięcia i szlifowania, ale nawet mimo tego niezwykła aura spowija dom pani Izy Wielickiej. Szybko przechodzimy na „ty”. Sprzyja temu klimat gościnnej, pełnej rustykalnych drobiazgów werandy, miłość do Wielkopolski i przede wszystkim radosne usposobienie Izy. Parę miesięcy temu napisała do naszej redakcji w sprawie możliwości zamieszczenia na swoim portalu www.wielkopolska-country.pl artykułu na temat pałacu w Biedrusku. Tak rozpoczęła się nasza znajomość. Okazało się, że Iza jest również autorką książek dla dzieci: „Opowieści z poznańskiego ratusza” i „Gdzie jesteś?”- o zgubionym dziewczęcym bereciku, przechodzącym z rąk do rąk i podróżującym w ten sposób po Wielkopolsce (ta opowieść szczególnie zachwyciła redakcyjną koleżankę oraz jej siostrzeńca). Kiedy i jak wpadła na pomysł, żeby założyć portal poświęcony wielkopolskiej prowincji?

I.W.: Wiesz co. My całą rodziną jesteśmy fanami agroturystyki, lubimy jeździć po wsiach, różnych zacisznych, ciekawych i mniej znanych miejscach. Pomyślałam, że będę to opisywała, ale nie chciałam formy bloga, wolałam portal, żeby oprócz moich tekstów pojawiały się tam rozmowy - wywiady, no i artykuły innych. Postanowiłam, że agroturystyka będzie głównym punktem mojego programu, bo chcę promować prowincję, głównie wieś. Interesuje mnie  historia, przyroda, literatura, etnografia i mieszkańcy – ci z przeszłości, ale i ci współcześni - ich pasje.

A na tematy jak wpadacie? Spontanicznie?

I.W.:  Problemem jest raczej realizacja nadmiaru pomysłów, które mi do głowy przychodzą, bo chciałabym napisać o tym i jeszcze o tamtym, a po prostu nie mam czasu. Często jest tak, że kiedy dokądś jedziemy, sprawdzam, co jeszcze po drodze mogę zwiedzić ciekawego. I w miarę możliwości realizujemy ten dodatkowy program. Ale zdarza się też tak, że nie doczytam o czymś w przewodniku czy w internecie, a  osoba prowadząca agroturystykę podpowiada: „Jedźcie tam, tam jest to i to.”Jedziemy i faktycznie znajdujemy ciekawe miejsca.

I ludzi.

I.W.: Tak, na przykład pojechaliśmy zrobić w Baborówku materiał o zawodach jeździeckich. Tej imprezie towarzyszył kiermasz, stoiska kulinarne i z rękodziełem. Patrzę, siedzi rzeźbiarz. Właściwie  to najpierw zauważyłam rzeźbę, bo on siedział gdzieś w głębi stoiska i tak się nią zachwyciłam, że dopiero po chwili zauważyłam, że autor się śmieje i cały puchnie z dumy. Od razu zrobiłam z nim wywiad.

Ludzie cieszą się, kiedy się ich zauważa i docenia. Dajesz im poczucie, że to, co robią, jest ważne.

I.W.: Tak, ja też to tak odbieram. Ale, wiesz, sama równie dużo od nich czerpię: jak patrzę na tych rzeźbiarzy, artystów, pasjonatów prowadzących gospodarstwa agroturystyczne – ile oni mają w sobie chęci życia! To są ludzie bardzo pracowici. Prowadzenie takiego gospodarstwa, zwłaszcza gdy w ofercie jest wyżywienie, to harówka. Podziwiam ich zaradność, kreatywność. Często dekoracje w domu czy pensjonacie robione są własnym sumptem z jakichś staroci – coś niesamowitego. Z wyjazdów wracamy zmęczeni, ale jednocześnie tak naładowani pozytywną energią, że nagle nasze plany też nabierają rozpędu i zupełnie inaczej zaczynamy tydzień.

 Zdarzają się niespodzianki?

I.W.: Zaskakują miejsca z pozoru zwyczajne, które jak się potem okazuje, kryją niesamowicie ciekawe historie. To mnie właśnie fascynuje. Na przykład stacyjka - zwykła, mała, niezbyt ładna. Cegły przykryte grubą warstwą brzydkiej farby. Ale zaczynasz się interesować tym miejscem i okazuje się, że to teren ważnej  powstańczej walki, w której brał udział mieszkaniec Wronek, z których pochodzę. To jest to, że widzisz koniec nitki i rozwijasz cały kłębek. Na tym polegają te niespodzianki. Ale są też przykre: stałą udręką turysty jest złe oznakowanie. Czasem czytamy o czymś ciekawym w przewodniku lub internecie i nie udaje nam się tam dotrzeć.  Przykro też widzieć miejsca zaniedbane, najbardziej przygnębiają mnie zapuszczone cmentarze. Byliśmy niedawno w pewnym miasteczku, w dość znanym sanktuarium. Wokół kościoła stare mogiły. I zielsko do pasa. Dlaczego tego nie wyrwać, nie zagrabić? Nie mówimy o kosztownej konserwacji, ale o zwykłej, ludzkiej dbałości. 

Masz jakieś ulubione miejsca twoich wędrówek?

I.W.: Jest wiele takich. Co mogę powiedzieć… bardzo mi się podobają Sapowice. Już dawno urzekło mnie to miejsce – niewielki pałac położony nad samym jeziorem. Długo szukałam bliższych  informacji o tej wsi, ale trafiałam tylko na te, które już znałam. Drążyłam jednak dalej, aż wreszcie na jednej z australijskich stron internetowych znalazłam wspomnienia Dietera Tiemana – syna właścicieli majątku w Sapowicach, których zawierucha wojenna pozbawiła domu i rozrzuciła po świecie. Znalezione w sieci wspomnienia były dla mnie jak stary kufer ze skarbami, znaleziony gdzieś na strychu babci. Czytałam je z wypiekami na twarzy. Historia Tiemanów ogromnie mnie wzruszyła, a znalezione wspomnienia pozwoliły mi poznać Sapowice sprzed lat. Udało mi się nawet, co też nie było łatwe, nawiązać  kontakt z Dieterem i jego rodziną. To było dla mnie niezwykle emocjonujące i miłe doświadczenie.

 Są miejsca, które bardzo lubię, ale nie zawsze udaje mi się do nich wracać, np. Straduń, Łężeczki, Kamiennik, Rybitwy - takie zwyczajne wsie. Bo mnie zachwyca to, co jest zwyczajne. Naprawdę. Pola, łąki, drzewa, lasy, jeziora, stare domostwa i opuszczone stacyjki. Wszyscy w rodzinie lubimy nasze małe podróże po Wielkopolsce. Syn ma 17 lat i czasem wybiera się na samotne wycieczki - jak po drodze coś ciekawego zobaczy, robi zdjęcie, a potem razem jedziemy w miejsce, które wypatrzył. Bardzo się cieszę, że w projekt portalu udało się zaangażować innych. Po pierwsze: nie byłoby go, gdyby nie informatyczna pomoc moich przyjaciół. Po drugie: oprócz artykułów moich i męża są tu ogromnie ciekawe teksty Jarosława Szałaty – prawdziwego człowieka lasu, Daniela Sypniewskiego – miłośnika przyrody, wędkarza i czarującego gawędziarza oraz Ani Roter-Bourkane – autorki fascynującego cyklu „Literacka Wielkopolska”. Zachęcam wszystkich do zajrzenia na nasz portal. Czytelnicy znajdą tu również archiwalne artykuły pism lokalnych.

Jesteście Wielkopolanami z dziada pradziada?

I.W.: Mąż tak. Ja nie mam takich wielkopolskich korzeni. Urodziłam się tylko i wychowałam w Wielkopolsce. Zresztą mnie zachwyca cała Polska, ale ponieważ to w Wielkopolsce mieszkam, jest mi ona najbliższa.

Iza śmieje się. Kiedy jemy ciasto, a potem przechadzamy się po ogrodzie, zachwyca mnie konsekwencja, z jaką wszystko jest urządzone – trochę klimatu wielkopolskiego skansenu, trochę dawności, trochę sielskości. O moje nogi obija się wesoły piesek gospodarzy. Niewidomy, jak się okazuje, co nie ujmuje mu poczucia pana na włościach. Wszystko tu jest takie… andersenowskie. Przypomina mi się dom z dzieciństwa pisarza w Odense. Nawet kawę pijemy dokładnie z takich filiżanek, jakich bym tu oczekiwała. Praca zawodowa Izy nie wiąże się z prowadzonym portalem. Poświęcanie weekendów na tropienie miejsc, które warto zobaczyć i ludzi, których warto poznać, to jej życiowa pasja. Ja też, jak Iza, uważam, że nim zaczniemy dalekie podróże, warto poznać to, co mamy tak blisko.  

 Renata Zychla

www.wielkopolska-country.pl