Kłopoty Naramowic w roku 1960

Na Naramowicach lat temu » Kłopoty Naramowic w roku 1960

 

Smętny jest obraz ówczesnych Naramowic wyłaniający się z poznańskiej prasy. W dodatku, kiedy czytamy o problemach naszej dzielnicy sprzed 50 (pięćdziesięciu!) lat i porównamy je z aktualnymi, musimy dojść do wniosku, że wiele z nich pozostało nierozwiązanych do dziś. W listopadzie 1960 roku „Gazeta Poznańska” przypomina poznaniakom o istnieniu Naramowic: „Na północno-wschodnim końcu naszego miasta leżą Naramowice.(…) Mało znane i rzadko uczęszczane przez zasiedziałych poznaniaków. Rozrzucone domy, domki, wille; ulice wytyczone jakby na siłę, zbyt późno. Ni to miasto, ni wieś. Jeszcze PGR, zakłady rowerowe z dwu tysiącami zatrudnionych, garaże dla taksówek, instytut doświadczalny. Jedna szkoła (w rzeczywistości były dwie – przyp. red.), przedszkole i to wszystko.” 

Pierwszy wtedy i zasadniczy problem Naramowic – drogi. Nie, jeszcze wówczas nie zakorkowane, ale też nieprzejezdne, bo tonące jesienią i wiosną w błocie, a przez okrągły rok pełne dziur, wertepów oraz nierówności takich, że taksówkarze odmawiali kursów na Naramowice, bojąc się o swoje samochody. Przyzwoicie wyglądał wtedy tylko odcinek od Lechickiej do Sarmackiej. Umultowska była w katastrofalnym stanie. Już nawet nie chodziło mieszkańcom o asfalt, prosili na łamach prasy o dostarczenie gruzu i żużlu do wysypania dróg. 

Niedawno dyskutowano – tramwaj czy trolejbus na Naramowice. Przypomnijmy więc, że trolejbus u nas był! Kursował niestety co 40 minut, na co również uskarżali się mieszkańcy. Z ówczesnego artykułu prasowego wyraźnie wynika, że już wtedy na budowę linii tramwajowej czekano z utęsknieniem, traktując trolejbus jako pośledniejsze i tymczasowe rozwiązanie. Pętla trolejbusu z poczekalnią znajdowała się od strony ulicy Sarmackiej, blisko Umultowskiej. Nie było tam bezpiecznie. Wieczorem, korzystając z ciemności i niedostatecznego oświetlenia, zbierały się w tym miejscu grupki chuliganów. 

Drugi problem dzielnicy – prąd. Kiedy „Gazeta Poznańska” ogłosiła akcję „bezpośredniej interwencji u Odpowiedzialnych Czynników w sprawach pilnych”, aby pomóc zdesperowanym poznaniakom w dotarciu z ich głosem do władz miasta, odezwał się mieszkaniec Naramowic. Co pisał? Zacytujmy: „Zmorą naszego osiedla jest od kilkunastu lat problem oświetlenia. Z godziną zmroku zapadają egipskie ciemności, a napięcie spada do 90 V. Wówczas wysiadają radioodbiorniki, telewizory – nie można czytać książek i prasy, a zaznaczam, że jest to jedyna rozrywka kulturalna osiedla.” Dalej czytelnik ubolewa nad tym, że ciemności sprzyjają snuciu się po okolicy podejrzanej młodzieży oraz porusza w swoim liście problem trzeci: brak świetlicy, kina, klubu. Na Naramowicach po prostu nie było co robić. Mieszkańcy nie mieli nawet apteki, kiosków „Ruchu” czy  budek telefonicznych. Ile było wtedy telefonów w naszej dzielnicy? Pięć prywatnych i kilka w zakładach pracy. 

Wróćmy jeszcze na chwilę do kwestii prądu. Otóż zrezygnowani, siedzący wieczorami po ciemku mieszkańcy, nawet nie liczyli na to, że problem ich zostanie definitywnie rozwiązany. „Wiadomo, że stara poznańska elektrownia nie posiada odpowiedniej mocy, ale warto chyba zastosować pewną kolejność i na zmianę obdzielać poszczególne osiedla zwiększonym napięciem”- pisze do gazety znękany czytelnik. Straszne, prawda?

Problem czwarty to brak w domach bieżącej wody i kanalizacji. Tylko zakłady oraz nieliczne działki na Naramowicach były skanalizowane. Mieszkańcy prosili też o doprowadzenie gazu do mieszkań, wskazując, że przecież jest na miejscu zbiornik gazowy. Zbiornik ten znajdował się na terenie dzisiejszego PPNT.

Problem piąty: jeden jedyny sklep spożywczy (spółdzielczy) i to fatalnie zaopatrzony. Pieczywo stare, towaru - poza piwem, winem i papierosami – brak. Po zakupy trzeba było jeździć „do miasta” trolejbusem, kursującym, przypomnijmy, co 40 minut. Akurat co się tyczy tej częstotliwości, to wydaje się, że nasza dzisiejsza komunikacja nawiązuje do tych starych wzorców - spójrzmy na rozkłady autobusów 46, 47 czy 67, zwłaszcza  w weekendy.

Problemem szóstym były przepełnione szkoły. Brakowało sal lekcyjnych, a w związku z tym uczniowie musieli niestety chodzić na trzy zmiany.

Problem siódmy - za mało lamp ulicznych. Wieczorem Naramowice pogrążone były w mroku, co sprawiało, że dzielnica uchodziła za niebezpieczną.

Prawda że smutny jest obraz Naramowic sprzed pięćdziesięciu lat? Ale dzisiaj, choć cieszymy się niewątpliwie wodą i prądem o właściwym napięciu, czy nie zauważamy jednocześnie, że pewnych problemów od pięćdziesięciu lat nie udało się rozwiązać? Czy mamy wszędzie gładkie, asfaltowe, oświetlone ulice bez dziur i błota? Czy mamy kino, klub, bibliotekę, księgarnię? Czy bilans jest dla nas – dzisiejszych mieszkańców Naramowic - proporcjonalnie do upływu czasu (a minęło pół wieku) korzystny?

Na pewno cieszy to, że dzisiejsi naramowiczanie nie mają w sobie tej dawnej rezygnacji, za to więcej zapału i słusznego poczucia swojej podmiotowości. A także przekonania, że rozwiązywania lokalnych  problemów trzeba się stanowczo domagać i nade wszystko - działać.

Renata Zychla

(Na podstawie materiałów publikowanych w „Gazecie Poznańskiej” w listopadzie 1960 roku)

Fot. Z archiwum domowego E. Skrzypczyńskiej. Zdjęcia przedstawiają naramowiczan z okolic ulicy Sarmackiej.