Krystyna Adamczak

Ludzie z Naramowic » Krystyna Adamczak

Pani Krystyna Adamczak jest księgarzem, założycielką i właścicielką księgarni „Z Bajki” na osiedlu Wichrowe Wzgórze i osiedlu Przyjaźni, członkiem Rady Literackiej Fundacji „Cała Polska czyta dzieciom”. Mieszkanką Naramowic.

 Pani ulubione książki z dzieciństwa?

KA: Oczywiście „Pippi Langstrumpf”. Ja miałam w sobie ogromne pokłady wolności i uwielbiałam swobodę i niezależność. Pippi była dla mnie taką wyzwoloną dziewczyną. Ja też chciałam mieszkać sama, gryźć gwoździe, być tak silna, żeby unosić konia ponad głowa i prawie mi się to udało!

A inną lekturą, którą wspominam z dzieciństwa, jest „W pustyni i w puszczy”. Dokładnie pamiętam lato, kiedy czytałam tę książkę – z ogromnym zachwytem. I o dziwo, chociaż byłam wtedy dziewczynką, bo miałam chyba 8 lat, wcale nie chciałam być Nel, ja chciałam być Stasiem! Bardzo podobała mi się jego dzielność, jego odwaga, jego niezależność, sięganie po zadania, które go przerastały o cztery głowy. Wcale nie zazdrościłam Nel. Chciałam być Stasiem.

A „Serce” Amicisa?

KA: Oczywiście!

A „Bułeczka” Jadwigi Korczakowskiej?

KA: Chyba tego nie czytałam, chociaż mam w księgarni.

To o dziewczynce - sierocie, która przyjeżdża do domu swojego wuja, jest niezwykle grzeczna i uczynna, opiekuje się swoja kuzynką Wandzią, która jest wobec niej złośliwa i wcale nie cieszy się z jej przyjazdu.

Bycie taką zniewoloną, cichutką i grzeczną było mi obce. Zawsze chciałam mówić swoim głosem, tupać i tańczyć swoją pieśń. Więc pewnie „Bułeczka” by mi się nie spodobała. Bardziej byłam dzielnym Stasiem niż pogodną, uległą Nel, która powłóczyła oczyma i czekała, żeby coś się wydarzyło. Nie, ja byłam działaniem, ja brałam stery w ręce. Na miejscu Stasia też wzięłabym strzelbę i strzelała do lwa. Jego przymioty bardziej mi imponowały.

A oprócz Stasia jaka jeszcze postać literacka Panią inspirowała?

Na pewno Ronja – córka rozbójnika. Lubiłam Astrid Lindgren od samego początku i dokładnie zbadałam jej historię, która jest przejmująca. W zimnej, surowej Szwecji, mając 17 lat urodziła synka, a były to czasy, kiedy dzieci zabierano samotnym matkom. Tak też się stało z jej macierzyństwem. Zmuszona była przekazać dziecko innej, obcej rodzinie i mogła się z nim spotykać tylko w niedzielę i święta. Przeznaczała swoją pensję na bilety do miejscowości, w której mieszkało jej dziecko. I dopiero mając lat około 30, będąc dorosłą, ukształtowaną w opinii społecznej kobietą i mężatką, mogła wrócić po swojego synka. Opiekunowie go oddali, bo między matką i dzieckiem trwała piękna więź, okupiona ogromnymi wyrzeczeniami, głodem i biedą. Tak że  jej historia jest niezwykła. „Dzieci z Bullerbyn” napisała tylko dlatego, że nie miała żadnego prezentu dla synka, który właśnie obchodził urodziny. Książka bardzo spodobała się chłopcu i jego kolegom, ale wydawcom już mniej. Psycholog, którego nazwiska już nie pamiętam, był zajadłym wrogiem Astrid Lindgren i uważał, że dzieci trzeba wychowywać do posłuszeństwa, a nie do wolności. Przez lata trwała polemika a nawet nagonka na jej pisarstwo, na jej antypedagogikę. Teraz jest wielbiona i sławiona, ale przez lata zmagała się z kolejnymi falami krytyki.

Czym się Pani kieruje w doborze książek dla dzieci do swojej księgarni?

KA: Wartościami. Bardzo jestem uważna na to, czym karmię dzieci. Nim miałam księgarnię, bardzo uważnie wybierałam książki dla mojego własnego dziecka. Uważam, że jest to niezwykle ważne. Tak samo jak rodzice uważają na strawę podawaną na talerzu – żeby dziecko jadło warzywa, owoce i odpowiedni zestaw witamin, tak samo powinni uważać, czym karmią jego serce i duszę. Bo dziecko tym przenika i nasiąka.

 Dzieciństwo trwa bardzo krótko, a musi wystarczyć na całe długie życie. Najpiękniejszy dar, jaki możemy naszemu dziecku dać, to jest nasz czas, uważne, pełne miłości spojrzenie, nasz zachwyt – bo dzieci potrzebują naszego zachwytu, tych iskierek w naszych oczach, kiedy z nimi jesteśmy. Jak mamy więcej dzieci w domu, to widzimy, że Jaś jest zupełnie inny niż Zosia, chociaż jest z tych samych rodziców, ma tych samych przodków i ten sam dom. W Jasiu są inne talenty. Zadaniem nas jako rodziców i dziadków, jest umieć tę różnorodność naszych dzieci dostrzec i wzmocnić. Bo każde dziecko przychodzi na świat z jakimś talentem, jakimś darem, jest dotknięte przez Pana Boga jakimś znakiem i naszym zadaniem jest pomóc dziecku wydobyć ten talent na światło. Żeby nasze dziecko iskrzyło blaskiem, kolorami. Nie chciejmy dla każdego dziecka tego samego, patrzmy na nasze dzieci z zachwytem i ciekawością i podążajmy za nimi, żeby umiały swój talent wydobyć i rozkwitnąć. Tylko wtedy będą szczęśliwe.

Nie jest łatwo być rodzicem w dzisiejszych czasach. Wszyscy – rodzice, dziadkowie, nauczyciele, potrzebują wsparcia. Opieranie się w wychowywaniu dziecka tylko na własnych doświadczeniach, często niezbyt dobrych, nie wystarcza. Dlatego w tym roku, od września, uruchomiliśmy warsztaty „Trening skutecznego rodzica”, na bazie książki „Wychowanie bez porażek” Tomasza Gordona, którą znam, uwielbiam i bardzo serdecznie polecam. Sama zapisałam się na te warsztaty i doświadczyłam podczas nich tak wiele, że  serdecznie polecam je wszystkim rodzicom. Żeby ich macierzyństwo i ojcostwo nie było udręką, ale przyjemnością. Nie możemy zaprowadzić dziecka dalej, niż sami jesteśmy. Czyli, jeśli dziecko nie będzie mnie widziało jako szczęśliwej kobiety, samo też nie będzie szczęśliwe, bo nie będzie umiało. Dziecko chce nas widzieć tańczących, tarzających się w liściach, szczęśliwych nawet wtedy, gdy jesteśmy zmęczeni. Dlatego tak serdecznie polecam „Trening skutecznego rodzica”. W styczniu rusza kolejna tura. Jest to osiem spotkań, podczas których otrzymuje się instrumenty do tego, żeby lepiej słuchać i rozumieć swoje dzieci na każdym etapie. Na pierwszym kursie była matka z dzieckiem w brzuchu. Bo Gordon jest zwolennikiem teorii, że wychowanie zaczyna się już w okresie prenatalnym, w łonie matki.

Pani księgarnia to nie jest zwyczajny sklep z książkami. Opiera się na osobowości. Mam Panią przed oczami w wielkim czarnym kapelusz z chochlą w ręce, z premiery „Harry’ego Pottera”. Pani tworzy wręcz happeningi, żeby przyciągnąć do magicznego świata książek. To jest zupełnie coś innego niż sprzedaż książek w Empiku.

 Dziękuję, że Pani to zauważa. Zawsze dbałam o to, żeby w moim domu czytanie kojarzyło się z radością, przyjemnością i zabawą, nigdy nudą, nakazem czy karą. Dzieci uwielbiają uczyć się od niechcenia. Kiedy moje dziecko było małe, po przeczytaniu książki natychmiast chciało się w nią bawić. Czułam, że to jest właściwe każdemu dziecku. Kiedy 10 lat temu otwierałam drugą księgarnię – na osiedlu Przyjaźni - zrobiliśmy tu drzwi do Narnii. Była śnieżna kula, ja się przemieniłam w królową, częstowałam dzieci ptasim mleczkiem i mówiłam, że to jest zaczarowane ptasie mleczko, najlepsze na świecie. Kiedy go spróbują, będą chciały wciąż więcej…  I kiedy po trzech latach odbywały się w Zamku  targi książkowe, nagle jakiś chłopiec ciągnie mamę za rękę i woła: „Mamo, kup mi tę książkę!”- i pokazuje na okładkę „Narnii”.- „Ja już jadłem ptasie mleczko z tej książki. Ja chcę ją czytać!” Miałam łzy w oczach ze  wzruszenia, że tak zapamiętał tamto spotkanie. To był dla mnie największy komplement. Taka reakcja zrekompensowała mi całe zmęczenie i trud, który włożyłam. To jest właśnie moja misja i mój cel tu na ziemi, żeby coś w tych dzieciach zostawić. Czuję się szczęśliwa i nie szczędzę sił ani trudu, żeby dzieci wychodziły stąd naładowane energią i chciały czytać tę, i tę, i jeszcze tamtą książkę.

Czy nie jest tak, że w książkach dla dzieci przeważają teraz dialogi kosztem partii opisowych? Czytałam synkowi książki pana Kasdepke, bardzo zresztą mu się podobały, ale ja – czytelnik starszej generacji - nie mogłam wyobrazić sobie bohaterów, brakowało mi opisów.

KA: Ja też to zauważam. Najbardziej chyba temu uległ Andrzej Maleszka, który w ogóle pisze, jakby tworzył scenariusz filmowy, bez opisów. Być może jest to odpowiedź na takie, w cudzysłowie, skrzywienie u dzieci, które bardzo wiele godzin spędzają przed telewizorem i komputerem. Nie są przyzwyczajone do powolności, tylko do tempa, klatka za klatką. Być może Andrzej Maleszka swoimi książkami, które bardzo się dzieciom podobają, odpowiada na taką percepcję mózgu.

Jakie książki jakich autorów poleca Pani rodzicom szukającym czegoś wartościowego dla swoich dzieci?

KA: Hm, zajęłoby nam to czas do rana. Ja naprowadzam na stronę Fundacji „Cała Polska czyta dzieciom”. Wybieramy tam tytuły, które są bezdyskusyjnie znakomite i zachęcają rodziców do wspólnego czytania z dziećmi oraz rozmawiania o tym, co w życiu jest ważne, do budowania wnętrza dziecka na bazie dwunastu wartości sformułowanych w książce „Z dzieckiem w świat wartości” Ireny Koźmińskiej i Elżbiety Olszewskiej. Bardzo serdecznie tę książkę polecam. Na stronie Fundacji odnajdziemy repertuar dla różnych kategorii wiekowych. Rodzicom maluchów polecam np. Marty Bogdanowicz „Wierszyki na dziecięce masażyki” -  żeby czas spędzany z dzieckiem był jak najlepszy.  Kiedy jest ono bardzo małe, potrzebuje naszego dobrego dotyku.

Mówiłyśmy już o „Dzieciach z Bullerbyn”, wspominałyśmy „Ronję- córkę rozbójnika”,ale mnie towarzyszyła w dzieciństwie mniej znana książka Astrid Lindgren  - „Zwierzenia Britt-Mari”. Przepadam za nią, a chyba niewielu czytelników Astrid Lindgren o tej książce wie, prawda?

KA: Prawda, bo to jest nieco inna bohaterka. Mamy u nas tę książkę. Teraz łatwiej ją zdobyć, bo i „Nasza Księgarnia” wydaje Astrid Lindgren, i „Zakamarki”. Wszystkie te tytuły, które nie ukazywały się wcześniej. Wydawnictwo „Zakamarki” wydaje całe pokłady świetnych opowieści. Nie tylko Astrid Lindgren, ale i innych szwedzkich autorów. Ta literatura specjalizuje się w poruszaniu trudnych tematów, takich jak śmierć, jak inność, do których rzadko przymierzają się nasi autorzy. Chociaż muszę przyznać, że i na polskim rynku zaczęły się te tematy pojawiać, np. w zeszłym roku, w maju, wyszła przecudna książka „Dziewczynka z parku” Barbary Kosmowskiej. Bardzo serdecznie i szczerze ją polecam. Ona pokazuje, że mądre życie to takie, w którym nosimy śmierć na swoim lewym ramieniu. Chodzi o to, że jeśli myślimy o naszych czynach i działaniach w perspektywie wieczności, wtedy stają się one ważniejsze i mądrzejsze. To opowieść o dziewięcioletniej dziewczynce, która żegna swojego ojca. Ojciec - świadom, że ma przed sobą kilka miesięcy życia, nie marnuje tego czasu, ale traktuje go jako dar, żeby zdążyć przekazać dziecku to, co uważa w życiu za niezbędne.

Dzisiaj książkę może wydać każdy, każdy może książkę napisać… Ja zawsze chcę mówić tylko o tych dobrych książkach, bo kiedy skupiamy się na czymś dobrym, podnosimy jakość naszego życia. Pamiętając o tym, dobierajmy piękne i wartościowe lektury. Tak dzieciom, jak i sobie.

Rozmawiała: Renata Zychla