Małgorzata Maćkowiak

Ludzie z Naramowic » Małgorzata Maćkowiak

 Opowie nam Pani Dyrektor historię szkoły?

MM:  Szkoła powstała w 1938 roku. Pokażę paniom potem starą, przedwojenną kronikę, to wspaniała pamiątka, cudownie napisana. Naszym patronem był generał Oswald Frank. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych zabroniono jego imienia, ponieważ kojarzył się z wojną 1920 roku, ale w latach osiemdziesiątych imię patrona wróciło, podobnie jak nasz sztandar szkolny, który leżał schowany, ponieważ było napisane na nim „Bóg, honor, ojczyzna”. A to kłuło w oczy.

 Ilu uczniów  było na początku?

MM: Musiałabym zajrzeć do kroniki… aż 299, a potem z roku na rok więcej. W tej chwili mamy  270 uczniów, w tym około 30 niepełnosprawnych.

A Pani jest tutaj dyrektorem od..?

MM: Jestem dyrektorem szkoły od  roku 1995. Kiedy przejęłam ten budynek, mówiło się na szkołę -  barak . Była szara, brzydka, zaniedbana. Nie mówię tego, aby krytykować pracę poprzednich dyrektorów, bo to byli wspaniali dyrektorzy, zaniedbanie wynikało z charakteru czasów. Sukcesywnie staraliśmy się, wraz z Radą Osiedla i Wydziałem Oświaty, żeby szkoła była ładna, przyjazna i przyciągała uczniów.

Skąd wziął się pomysł na stworzenie klas integracyjnych?

 MM: Pierwszy oddział integracyjny został utworzony w 1998 roku. A dlaczego powstał? Wcześniej nie myślałam o tym, ale pewnego dnia przyszła z Naramowic mama z niepełnosprawnym dzieckiem - Pawełkiem, na wózku inwalidzkim. I powiedziała: „Pani dyrektor, ja muszę moje dziecko tak daleko zawozić. Czy nie można by zorganizować tutaj klasy dla niepełnosprawnych? Przecież szkoła jest parterowa, mała…” I wtedy zaczęłam o tym myśleć.  Dotarłam do rozporządzeń, rozmawiałam z kuratorium, przeszliśmy wszystkie procedury i dostałam zgodę. Ale głównym warunkiem było przygotowanie odpowiedniej kadry. Zaczęliśmy się szkolić. Nauczyciele pokończyli studia pedagogiki specjalnej, w ciągu tych 14 lat prawie wszyscy je skończyliśmy. Do tej pracy trzeba mieć dużą odporność psychiczną.  Trzeba nie tylko pracować z dzieckiem, ale również wspierać rodziców, dziadków, wykazywać się wielką empatią. Bywa i tak, że bliskim dziecka niepełnosprawnego trudno uporać się psychicznie z sytuacją życiową, w której się znaleźli. Trochę baliśmy się, jak przyjmie to nasza społeczność szkolna – dzieci i ich rodzice. Początkowo były opory, naprawdę, były, ale w tej chwili, po tylu latach pracy z dziećmi w oddziałach integracyjnych, uważam że to była wspaniała decyzja. Nasze dzieci nie widzą różnicy między sobą, pomagają dzieciom niepełnosprawnym, ale nie traktują ich jak chorych, tylko - ja jestem taki, a moja koleżanka czy kolega taki. To tak samo, jak nie uważamy za odmiennego kogoś, kto ma inne niż my  oczy czy włosy. Uważam, że taka integracja się sprawdza. Różne są opinie specjalistów, pedagogów, ale ja mówię na podstawie mojego kilkunastoletniego doświadczenia i obserwacji. Ale nie wyobrażam sobie takiej integracji w szkole – molochu. Tu musi być bliski kontakt z nauczycielem, rodzicami, pedagogiem, psychologiem. Oddziałów mamy dwanaście, a integracyjnych sześć, na każdym poziomie jeden. W takich klasach jest od 3 do 5 uczniów niepełnosprawnych. Są to różne niepełnosprawności: ruchowa po porażeniu mózgowym, upośledzenie umysłowe w stopniu lekkim; są dzieci z autyzmem, zespołem Aspergera, a także takie, które nie będąc niepełnosprawnymi, mają inne problemy i deficyty.

Co zyskują dzieci w szkole integracyjnej?

MM: Dzieci pełnosprawne widzą, że świat nie kręci się wokół nich, uczą się dostrzegać potrzeby innych, pomagać. A różnice między ludźmi traktują jako coś naturalnego. Do pomocy niepełnosprawnym kolegom wyrywają się – ja, ja! Aż trzeba wyznaczać kolejno. To może być na przykład pomoc przy pisaniu, czy przy wyciąganiu podręczników, jeśli dziecko jest na wózku inwalidzkim. Z kolei dzieci niepełnosprawne są bardziej radosne. To jest niesamowite. Szkoły integracyjne są bardzo potrzebne dzieciom niepełnosprawnym, które kiedyś miały tylko nauczanie indywidualne w domu, co pozbawiało je relacji z rówieśnikami.

Mamy ogromną satysfakcje, kiedy po wakacjach cieszą się z powrotu do szkoły, do koleżanek i kolegów. Aż się łza kręci w oku. To jest wielka nagroda za naszą pracę. Bo, proszę mi wierzyć, jest ona naprawdę trudna i wyczerpująca. Nie każdy się nadaje. Kilkoro nauczycieli odeszło, nie dało rady psychicznie.

Jak klasa integracyjna funkcjonuje na co dzień?

MM:  W takiej klasie jest od 15 do 20 uczniów, a oprócz nauczyciela prowadzącego jest nauczyciel wspomagający. On pomaga, skupiając się na pracy z dziećmi niepełnosprawnymi. Na większości przedmiotów dzieci są razem.  Podział jest  na informatyce, wychowaniu fizycznym i lekcjach języków obcych. Takie jest rozporządzenie.  Ja uczę polskiego w obu klasach czwartych. Mam porównanie zwykłej i integracyjnej. Muszę powiedzieć, że jest to zadziwiające – ten sam program, ten sam podręcznik i wyniki podobne, ale więcej emocji kosztuje mnie praca z klasa integracyjną. Tam muszę się inaczej przygotować, inne formy i metody pracy.

Czy dzieciom tłumaczy się, tak również od strony teoretycznej , zachowania rówieśników z dysfunkcjami?

MM: Tak, oczywiście, robią to wychowawcy, którzy są do tego przygotowani. Mamy też świetnego pedagoga, psychologa, którzy, jeśli jest jakiś problem, prowadzą zajęcia w danych klasach. U nas każde dziecko jest otoczone opieką. Czasami trzeba coś uświadomić, wytłumaczyć, ale to zrozumienie przede wszystkim przychodzi naturalnie. Przez  proces obserwacji.

Pamiętam, że pod koniec lat 90-tych szkoły integracyjne były wręcz modne. Na forach internetowych rodzice radzili innym, żeby posyłać dzieci do klas integracyjnych jako tych „lepszych”.

MM: Tak, był taki moment. Ale teraz szkół z oddziałami integracyjnymi jest coraz mniej. Powtarzam – to jest bardzo trudna praca i bywa, że po pięciu, sześciu latach dyrektorzy się wycofują z integracji. To jest też zadanie organizacyjne – na przykład trzeba zorganizować przetarg na dowóz uczniów niepełnosprawnych do szkoły, bo oni muszą mieć zapewniony transport w obie strony i do tego przecież pod opieką. Nasze dzieci dojeżdżają z całego Poznania, nie tylko z rejonu.

A co z rywalizacją? Dzisiaj rodzice często chcą, aby ich dzieci uczyły się w najlepszych klasach z najzdolniejszymi dziećmi, żeby dostać się potem do „lepszej” szkoły.

MM: Z tym nie ma problemu. Rodzic ma wybór i może zapisać dziecko tam, gdzie chce. Kiedy przychodzi do nas, my mówimy, że mamy klasę zwykłą i integracyjną, a potem tłumaczymy, na czym polegają różnice. Niektórzy od razu chcą, żeby ich dziecko chodziło do klasy integracyjnej. Dzieci mogą tam tak samo rozwijać swoje zdolności. Nasza szkoła jest mała, przyjazna, więc wszyscy się znamy - z uczniami, rodzicami. Mam wielkie marzenie – rozbudować  naszą szkołę. Myślimy o systemie kontenerowym. Stosunkowo szybko i niedrogo tyle sal można by postawić… mamy już wycenę. Chciałabym zapewnić dzieciom najlepsze warunki, a jest nam coraz ciaśniej.

Gratulujemy, że udało się Pani stworzyć tak szczególne i wspaniałe miejsce tu na Naramowicach. Niewiele jest takich w Poznaniu. Dziękujemy serdecznie za rozmowę.

Rozmawiały: Beata Kowalik i Renata Zychla