Naramowice w dobie Wielkiego Kryzysu

Na Naramowicach lat temu » Naramowice w dobie Wielkiego Kryzysu

  • Przedwojenny domek przy Sarmackiej
    Przedwojenny domek przy Sarmackiej
  • Grób księdza Antoniego Hałasa
    Grób księdza Antoniego Hałasa
  • Przedwojenna winieta tygodnika
    Przedwojenna winieta tygodnika

 

Chociaż wielkiego kryzysu gospodarczego w latach 30. XX wieku nikt się nie spodziewał, jego symptomy ujawniły się już na kilka miesięcy przed katastrofą. Do samego  wybuchu doszło 24 października 1929 roku, kiedy to na nowojorskiej giełdzie na Wall Street doszło do paniki – sławnego „czarnego czwartku”. W krótkim czasie załamała się gospodarka Stanów Zjednoczonych, które upadając, pociągnęły za sobą resztę świata. Jednym z krajów, który został wtedy najbardziej dotknięty, była Polska – zacofana gospodarczo na skutek polityki zaborców w XIX wieku i zniszczeń wywołanych I Wojną Światową. Doszło do załamania produkcji rolnej i przemysłowej, a także do wycofania kapitału z Polski. Choć na całym świecie uznaje się za zakończenie kryzysu rok 1933, w naszym kraju skutki były widoczne aż do 1936 roku i dawały się odczuć także w bogatszej od reszty kraju Wielkopolsce.

Poniżej prezentuję artykuł z 2 lutego 1936 roku z „Przewodnika Katolickiego”, opisujący sytuację na Naramowicach. Oczywiście trzeba zdawać sobie sprawę, iż artykuł w pewnej formie jest przesadzony, gdyż ma konkretne zadanie – zachęcić poznaniaków do wsparcia mieszkańców Naramowic. Trzeba jednak przyznać, że prezentowany w nim obraz jest przerażający. Zachęcam do lektury.

  Adam Szabelski

 Najnieszczęśliwsza parafia 

(Artykuł z "Przewodnika Katolickiego" z 2 lutego 1936 r.)

Spośród 19 parafii Poznania najbiedniejszą jest niewątpliwie parafia w Naramowicach. U samych wrót naszego świetnego, z porządku i dostatku na całą Polskę słynącego „stołecznego” miasta Poznania leży ta nasza najmłodsza parafia tak jak Łazarz przed bramą bogacza, cała schorowana i owrzodzona. (…)

Z tych co z dawien dawna tu mieszkają, jest zaledwie 1000 dusz i ci też tworzą na razie trzon parafii. Dusz zaś nowych, spędzonych z całego świata, ze wszystkich stron Polski, jak długa i szeroka, jest 2000 (Chodzi tutaj o przodków mieszkańców rejonu wokół obecnej szkoły nr 48 na ul. Sarmackiej - przyp. A.S.). Samo miasto wysiedliło przeważnie drogą eksmisji około 1200 osób. Kto był tak szczęśliwy, że mógł uzyskać tak zwaną działkę miejską, płacąc dzierżawy 12 zł miesięcznie, ten z swoim jednoizbowym domkiem tu na tym wydmuchowie wielkomiejskim stanowi tak zwaną „szlachtę”. Gospodarzy mało. Nie ma więc w tej parafii ludzi zamożniejszych, którzy by mogli wesprzeć biedującego sąsiada. Jest tylko nędza, płacz, narzekanie i przekleństwo. Około 500 ludzi żyje w jaskiniach, lepiankach, które mozolnie wykopali sobie w ziemi i wybili deskami, oblepiając je gliną. Co było ze sprzętów domowych, to już dawno wysprzedano. Dzieciszczka bez łóżek, bez sienników, leżą pokotem na ziemi, na jakichś łachmanach, przykryte zaledwie chudą pierzynką. 

Tu dopiero widać, czym jest rodzina: Ojciec w szpitalu, matka dotknięta gruźlicą, sama straszną cierpi nędzę, lecz ani słyszeć nie chce, by rozstać się z czworgiem dzieci. W ogóle rodziny tutejsze bardzo są liczne i już ze względu na to nowe, podrastające pokolenie, godne wszelkiego poparcia. A pomocy potrzebują bardzo. Na 120 dzieci mających przystąpić do Stołu Pańskiego, 80 dzieci nie posiada w ogóle katechizmu. Dużo nie chce zgodzić się na I Komunię św., bo brak obuwia i ubrania. Kapłana kolędującego, mimo że zgodnie z zapowiedzią nie przyjmuje żadnych absolutnie datków, na pięćdziesiąt cztery rodziny (…), nie przyjmuje dziewiętnaście. Nieraz brutalne słychać uwagi. Nie próżnują sekciarze. Chcąc duszpasterzowi pracę „osłodzić”, odwiedzają na godzinę przed przyjściem kapłana wszystkie domy, rozrzucając ulotki heretyckie. 

Gwiazdka, święto pokoju i błogosławieństwa, zamieniła się w wielką awanturę. Dzięki ofiarności obywatelstwa (wymienić należy zaszczytnie WP. Kałamajską i Milewską), organizacji społecznych i Okręgu Caritas wydano nieomal 3.000 zł w naturze. Mimo to zabrakło w końcu datków, a dużo nieobdarowanych wśród żalu i przekleństwa spędziło te najpiękniejsze święta. 

A jednak wszystko byłoby dobrze, gdyby przynajmniej była praca. Bo gdzie pracy nie ma, tam grzech sam przez się, się rodzi. Ale w tej trzymiesięcznej parafii jedna trzecia pracuje przeciętnie zaledwie przez 6 tygodni w roku, a gdy szczęście szczególniej sprzyja, całe trzy miesiące. Ale rok ma tygodni 52. Bóg jeden wie, z czego wtenczas żyją. I Bóg jeden wie, skąd to się bierze, że mimo strasznej nędzy tak dużo jeszcze ludzi uczciwych, zacnych, cnotliwych, spokojnych, szlachetnych, którzy najdrobniejszą przysługę potrafią ocenić i wdzięcznym wynagrodzić słowem. Z tymi to zawarł młody duszpasterz, znany Poznaniowi, ksiądz Antoni Hałas, ciche, lecz mocne przymierze. Na nich się opierając, kroczy ofiarnie po krzyżowej drodze swego powołania. Jeżeli gdzie, to tu w Naramowicach, musi wykrzesić z siebie całego kapłana! Musi się stać w najściślejszym słowa znaczeniu i pastor ovium (duszpasterzem) i defensor fidei (obrońcą wiary św.)! Do pomocy przydano mu drugą ofiarną istotę, dzielną apostołkę - Wielebną Siostrę Genowefę! 

Nie dozwól, obywatelu poznański, by czarna sutanna księdza i biały kornet zakonnicy próżno uwijały się po lepiankach Osiedla, Warowni i Naramowickiego Nowego Yorku! Patrz, z tej otchłani nędzy, rozpościerającej się tuż u bram naszego bogatego miasta, wyciągają do Ciebie błagalnie dłoń! Apelują do Twego litościwego i obywatelskiego serca! Nie odmawiaj im pomocy! Tu przecież wszystkiego potrzeba. Nie ma po prostu rzeczy, która by się nie przydała: łóżek, butów, odzieży, żywności, herbaty, butów, węgli, drzewa, światła, cukru, chleba.

Otwórz zatem szafy, droga matko! Patrz, dzieci polskie straszną cierpią biedę! Zajrzyj czym prędzej na poddasze, gdzie poniewiera się odzież odłożona. (…)

 Biada temu, kto może dać, a nie daje. Adwokat czy lekarz, kupiec czy przemysłowiec, sokół czy strzelec, endek czy sanator, robotnik czy rękodzielnik, duszpasterz, lokator, służąca, odźwierny czy kamienicznik, wy wszyscy bez wyjątku współodpowiedzialnymi stajecie się i „wszyscy pospołu zginiecie”, gdy tu nie pospieszycie z datkami. Mając jakąkolwiek pracę, wszyscy bez wyjątku jeszcze bogaczami jesteśmy w porównaniu do tego schorzałego Łazarza, który u bram naszego miasta leży. 

Poznań niejednokrotnie z pomocą spieszył na Śląsk: ratował często okolice nawiedzone powodzią! Wagonami wysyłał sprzęt domowy, gdy Kongresówkę niszczyła pożoga wojenna! Dziś kryzys zawładnął także Poznaniem, dlatego do was śmiało wyciągamy rękę o pomoc dla biednych Naramowic! Czarna sutanna proboszcza i biały kornet siostry Genowefy niech się nie uwijają na próżno po lepiankach naramowickich. Oto podaję ci adres: ksiądz proboszcz Antoni Hałas, Naramowice, Poznań! Podaję ci numer telefonu: 4191. Rozejrzyj się w domu! Niepodobna, byś niczego nie znalazł, wiem bowiem, że serce masz litościwe i miłosierne. 

A kiedyś, gdy sroga minie zima, gdy słoneczko znowu roztoczy swe blaski, wszyscy jak jeden mąż wyruszymy na Boże Ciało w parafii Matki Boskiej Częstochowskiej, ze sztandarami, muzyką, z feretronami co najpiękniejszymi, cały Poznań jak jedna rodzina, by chwałę i cześć oddać nie tylko Jezusowi, ale i tym, którzy w tak strasznych warunkach nie zwątpili o Bogu i Ojczyźnie.

 

(Przedwojenną ortografię uwspółcześniliśmy – przyp.red.)