Społeczne Naramowice

Na Naramowicach lat temu » Społeczne Naramowice

  • ul. Mołdawska
    ul. Mołdawska

 

Wspomnienie Pani Danuty Górskiej,  mieszkanki Naramowic, byłej radnej osiedlowej i przez dwie kadencje radnej Dzielnicowej Rady Narodowej  Poznań – Stare Miasto, od lat angażującej się w społeczne inicjatywy na swoim terenie.

Dawniej nasze Naramowice kojarzyły się z taką romantyczną wsią, trochę już rozbudowującą się, ale wsią. Ładnie tu było. Spokojnie. W latach późniejszych - siedemdziesiątych i osiemdziesiątych - Naramowice bardzo się zmieniały. Przyznam, że nie byliśmy zadowoleni, kiedy zaczęto budować osiedle Łokietka, bo przez lata przyzwyczailiśmy się do małej zabudowy i stopniowego przybywania niewielkich domków. Cieszyła nas tylko nowa szkoła, która później niestety nie spełniła naszych oczekiwań. Stopniowo rozwijała się infrastruktura komunalna, która realizowana była przy udziale wszystkich mieszkańców osiedla. Bardzo zależało nam na autobusie. Był to pierwszy czyn społeczny, kierowany przez trzyosobowy komitet w osobach: Borucki, Polski i Górski. Została utwardzona droga od ul. Umultowskiej do centrum naszego osiedla (osiedla domów jednorodzinnych między ulicą Sarmacką a Łużycką, a nie całości Naramowic - przyp. redakcji), co umożliwiło doprowadzenie linii autobusowej  nr 51.

Drugim największym przedsięwzięciem było podłączenie cieplika do wszystkich posesji  naszego osiedla domów jednorodzinnych. Pracami tymi kierowali społecznie państwo Giżewscy.  W tym samym trybie społecznym skanalizowano tę część Naramowic, doprowadzono wodę i gaz. Wszystkie te czyny społeczne wymagały dużego zaangażowania i wysiłku naszych współmieszkańców. Nie było tak, że miasto dawało, robiło, zakładało. Zgodnie z ówczesną zasadą czynów społecznych mieszkańcy musieli partycypować  w  50 % kosztów. Miasto dawało na przykład   krawężniki, a zakładali je nasi panowie, nie  żadna miejska instytucja. Nasadzenia zieleni to też nasza własna praca.

Kiedy byłam radną, działałam na terenie Naramowic w dziedzinie  służby zdrowia. Organizowałam różne spotkania o szerokim spektrum tematycznym. Szczególnym powodzeniem cieszyły się prelekcje lekarzy geriatrów, pediatrów, internistów. Jakie to było miłe, kiedy ludzie tak gremialnie przychodzili! Pamiętam te starsze eleganckie panie, niektóre prosto od fryzjera. Jakie one były przejęte! Zawsze dbaliśmy, żeby był słodki drobny poczęstunek , kawa, herbata. Lekarz geriatra na przykład tłumaczył, że nie można tylko służyć wnukom, że trzeba też pomyśleć o sobie – to było czymś nowym w tamtym czasie. Daleko jeszcze było do uniwersytetów trzeciego czy czwartego wieku.

Staraliśmy się też jako Rada Osiedlowa pomóc rodzinom  w trudnych warunkach życiowych, na przykład z problemem alkoholowym oraz  rodzinom 

wielodzietnym  i osobom w podeszłym wieku. Nie tylko my mieliśmy chęć działania. Wielu mieszkańców chętnie uczestniczyło w pracach społecznych. Polegało to na pomocy szkole i przedszkolu, a odbywało się na zasadzie skrzyknięcia, na przykład: „dziś malujemy ławki”. I wszyscy, którzy mieli dzieci, marsz do przedszkola. Nie czekało się na niczyją pomoc, państwa lub miasta. Dawało się od siebie. Całe dawne Naramowice były włączone w te akcje.

Rada Osiedla miała zawsze na Naramowicach szerokie pole działania, a różnice zdań były duże. Zdarzyło się nawet coś, co wspominam ze śmiechem. To mógł być rok 1991. Usłyszałam w radiu, jak w sejmie jeden z parlamentarzystów, senator prof. Jerzy Regulski – Pełnomocnik  Rządu ds. Reformy Samorządu Terytorialnego powiedział, że w Polsce działalność samorządów jest bardzo kiepska, właściwie żadna. Jeszcze tego samego dnia zadzwoniłam do profesora i powiedziałam mu, że jest w błędzie, że nie można generalizować, bo akurat Naramowice są wzorowe, jeśli chodzi o działalność społeczną i kulturalną. Następnego dnia w czasie obrad sejmu włączam radio, a tam ten sam profesor mówi: „Zadzwoniła do mnie mieszkanka Naramowic, pani Górska, żebym nie generalizował i krytykował, bo akurat u nich działalność samorządowa jest niezwykle twórcza. Ale to jest Poznań, a Poznań jest zieloną wyspą na polu niemocy”. Tak, tak właśnie wtedy powiedział, o. Stać nas było na wielkie działanie, na dawanie  od siebie, bez tego, co jest dzisiaj – bez mediów, rozgłosu i pokazywania się wszędzie.

Działałam też, razem z mężem, w Klubie Górskim  PTTK „Limba” (zbieżność nazwisk przypadkowa) z siedzibą najpierw w Luboniu a potem na Ratajach. Tam zdobywaliśmy szlify organizacyjne, które przenosiliśmy na teren Naramowic. Prezes Klubu „Mała Limba” na Naramowicach, Jan Kręglewski, był niedoścignionym przykładem społecznika w dawnym  rozumieniu tego słowa. W starej szkole przy ulicy Rubież, wygospodarował pomieszczenie dla Klubu, w którym zbierał różne materiały poglądowe, organizował spotkania, przygotowując różne imprezy  turystyczne, w tym wyprawy górskie, które były wtedy pionierską inicjatywą. Dzięki niemu odbywały się zawody piłkarskie, mecze siatkówki, wycieczki krajoznawcze, no i oczywiście wyprawy górskie. Po jego śmierci działalność klubową przejął i z powodzeniem kontynuował Roman Garczyk. Wycieczki po terenach podpoznańskich kończyły się zawsze ogniskiem w gajówce  Naramowice. Tam zresztą odbywały się też majówki i noce Kupały. Do naszej gajówki  przyjeżdżały przez cały rok wycieczki szkolne i przedszkolne z całego Poznania, organizując przy  ognisku różne zabawy.

 

Wspominała: Danuta Górska